poniedziałek, 26 października 2009

Delikatesy za szklanymi drzwiami...



Uroczyste otwarcie nowej knajpy Delikatesy.TR wpisałem sobie do kalendarzyka po pierwszej tam wizycie 16 października. Od tego czasu jednak wiele się wydarzyło. Po piątkowym niewypale nocy poprzedniej, powrót na pl. Unii Lubelskiej w sobotę kosztował mnie sporo samozaparcia. Ostatecznie przekonało mnie nazwisko Marysi Peszek, którą przegapiłem w Zamku Ujazdowskim. No i przekonanie, że pewnie i tak się nie dostanę (wystarczyło wystarczająco pozwlekać z wyjściem). Taksówkę zamówiłem wciąż jeszcze bez przekonania, no ale cóż - zamówiona, więc pojechane. Było wpół do dwunastej.
Widok tłumku przed wejściem nieco mnie zmartwił, a nieco pocieszył. Na początek ustawiłem się nieco z boku, co pozwoliło mi zaobserwować między innymi rzeczoną Marysię, jak niezauważona czekała na resztę składu pod sąsiednim drzewem. Przysłuchując się gwarowi stwierdziłem, że głupio tak tam sterczeć i w ogóle nie spróbować, w wyniku czego jednak wmieszałem się w tłumek tupiący pod drzwiami. Jakoś nawet sprawnie się wmieszałem, dzięki czemu napieranie masy ludzkiej na bramę miałem okazję doświadczyć na własnych plecach. Panowie ochroniarze byli nieugięci, i dobrze, bo szklane drzwi faktycznie chwilami trzeszczały już złowrogo. W tak zwanym międzyczasie napatoczył się Sroka, i oczekiwanie stało się nagle dużo żwawsze.
Niespełna dziesięć minut później, zostaliśmy wepchnięci do środka, gdzie jak się okazało, królowały puste przestrzenie. To znaczy, oczywiście, zależy gdzie, bo dopchanie się do baru graniczyło z cudem.To znaczy, teoretycznie był prowizoryczny bar w drugiej części lokalu, ale tam trunki alkoholowe skończyły się jako pierwsze. Na szczęście nie było wiele czasu na dumanie w tej kwestii, bo zaproszono na koncert. Jego przewodnim wykonawcą było najnowsze dziecko Kayaxu, FOX, a w charakterze gości wystąpili m.in. Novika i Marysia właśnie oraz pan z Dick4Dick. Całość okazała się energetycznie energetyczna, i - nie wiedzieć czemu - przywiodła mi na myśl inny udany występ, jaki dane mi było niedawno oglądać w wykonaniu Nouvelle Vague. W każdym razie publika bawiła się przednio, zwłaszcza w pierwszych rzędach, gdzie brylował w towarzystwie były-niebyły mojego byłego-niebyłego. Oj, zadźwięczały znów czułe struny, jak zwykle, ale nie dałem się zbić z tropu...
Po godzinie koncert się skończył całkiem niezłym bisem, a publika ruszyła na podbój barów, i tak nieźle już oblężonych. W trakcie oczekiwania na drinka, którego nie doczekaliśmy, zawęziło się nam z dwoma M. Przy drugim barze też odstaliśmy swoje, zanim po walkach z pijanymi lasencjami otrzymaliśmy jakiekolwiek piwo, którym okazało się nieźle schłodzone i porządnie mocne w smaku Kasztelańskie. Wróciliśmy do korytarza, który ewidentnie robił za parkiet, i powoli wciągnęliśmy się w zabawę, rozkręcającą się z hiciora na hicior. A muza leciała nie lada, bo oryginalne kawałki z początku lat osiemdziesiątych, w oryginalnych wersjach. Co prawda powinno się zmasakrować gościa, który dowodził konsoletą, bo nie tylko nie było mowy o żadnym miksowaniu, nie tylko między kawałkami zapadała cisza z płyty, ale więcej: urywały się w połowie, po czym natychmiast zaczynało się co innego. Ogólnie radosny nastrój udzielił się jednak, i po dwóch godzinach skakania nie przeszkadzała nawet Madonna, zacinająca się na Vogue.
Od tańców oderwałem się wraz z pierwszym odpływem około trzeciej. W końcu rano miałem iść do pracy. I znów, spacer Ujazdowskimi dostarczył mi sporej przyjemności. To był naprawdę udany wieczór. Iście delikatesowy.

środa, 14 października 2009

Tkliwa liryka...

Ja 21:37:07
wiec prosze, uwazaj
Ja 21:37:25
to wszystko jest szalenie niesymetryczne
Ja 21:37:30
moze Ty tego nie czujesz
Ja 21:37:57
ale ja w tym dosyc szybko trace grunt pod nogami
Ja 21:38:11
bo mam go i Ciebie tylko skrawek
Ja 21:38:55
a jak zabraknie skrawka, to nie mam sie czego trzymac

niedziela, 11 października 2009

Dzień Wychodzenia z Szafy...

... spędziłem na happeningu pod Kopernikiem. Niemrawym strasznie, niekoniecznie z powodu hucznie zapowiadanej szafy. W zamian młodzież przydźwigała dwa skrzydła drzwiowe od najkoszmarniejszej meblościanki, które - o ile to możliwe - obwieszone tęczowymi flagami, jeszcze bardziej straciły na wyrazistości.



Nie dziw, że mało kto zdecydował się wyoutować przez mityczny megafon, za to towarzysko było całkiem przyjemnie. Jeszcze bardziej później w TR, gdzie zawitaliśmy na końcówkę wykładu, opitego następnie herbatą miętową z piwem. Do szczęścia zabrakło na koniec tylko najlepszego kebaba w mieście, ale i to dało się załatwić.
Do domu wróciłem więcej niż kontent. Zwłaszcza że gęś ze śliwkami okazała się więcej, niż smaczna...

sobota, 10 października 2009

Numer 22

Najpierw było logo, które zaprojektowałem na prośbę W. Podobno się podoba :D


Było tylko kwestią czasu, aż zawitam na comingout.blox.pl osobiście.
Właśnie tak...


O akcji zrobiło się na tyle głośno, że trafiła na główną stronę wybiórczej online, a także do PAPu i za nim wszelkich innych newsów.
Abiekt może odtrąbić kolejny sukces...

czwartek, 8 października 2009

Czesław mówi... do pietrasa...!



Co tu dużo mówić: oto pietrasowe wywiady z urodzinowej imprezy IS - właśnie wylądowały online. Do obejrzenia tutaj.

niedziela, 4 października 2009

sobota, 3 października 2009

13 lat minęło...



To było jakieś totalne szaleństwo. Czyż nie tak zaczyna się co druga blotka na moich blogach...?
Przede wszystkim: że dałem się namówić na prace reporterskie. Mocno mi to było nie w smak, w końcu nigdy nie stałem jeszcze z mikrofonem przed kamerą :D Ale co tam, zawsze jest ten pierwszy raz, a ostatnio raczej częściej skaczę na głęboką wodę, niż jej unikam.
Ale też cały ten dzień był nieco szalony, jeśli wziąć pod uwagę, że do pociągu do Kraka galopowałem prosto z pracy (i to wcześniej urwany), by następnie po krótkiej półgodzinie w hotelu, gdzie w wyniku intensywnego przygotowywania się nie odbierałem żadnych telefonów od A., który już nabrał jakichś panicznych myśli (swoją drogą to jakaś seria z tymi troskliwymi misiami, iluż jednak wokół mnie ludzi życzliwych...).
Potem prosto na imprezę, w deszczu, za to bez parasola, bo po co brać go ze sobą, nawet jeśli się go targało ze stolicy. Pod drzwiami kolejka, ale szybciutko dopchałem się do Radzia, i już byłem w środku.
Sama impreza - bardzo pozytywnie, kto ciekaw, może poczytać i obejrzeć tutaj. W związku z powyższym jednak akurat dla mnie była średnio zabawowa, skoro cały czas musiałem czekać i czuwać, a wywiady nagrywane były już grubo po północy (z Czesławem zresztą na skutek kilkakrotnej interwencji - taki był rozchwytywany).
Tak czy owak: wyszło nieźle, nawet chwilę poskakałem, chociaż nie było to łatwe. A&Co. już się rozeszli, poza tym też robiło się pustawo. Opcja spaceru do samego hotelu jednak odpadła, za to, skoro już wysiadłem z taksówki nieopodal krakowskiego rynku, nie sposób było nie przeciągnąć na Szewską po najlepszy kebab, nie tylko w tym mieście.
Do łóżka runąłem przed godziną piątą z perspektywą paru godzin snu - w południe miałem już jechać z powrotem do Warszawy, gdzie czekał niecierpliwie K.
W końcu takiej okazji nie mogłem przepuścić...