
Uroczyste otwarcie nowej knajpy Delikatesy.TR wpisałem sobie do kalendarzyka po pierwszej tam wizycie 16 października. Od tego czasu jednak wiele się wydarzyło. Po piątkowym niewypale nocy poprzedniej, powrót na pl. Unii Lubelskiej w sobotę kosztował mnie sporo samozaparcia. Ostatecznie przekonało mnie nazwisko Marysi Peszek, którą przegapiłem w Zamku Ujazdowskim. No i przekonanie, że pewnie i tak się nie dostanę (wystarczyło wystarczająco pozwlekać z wyjściem). Taksówkę zamówiłem wciąż jeszcze bez przekonania, no ale cóż - zamówiona, więc pojechane. Było wpół do dwunastej.
Widok tłumku przed wejściem nieco mnie zmartwił, a nieco pocieszył. Na początek ustawiłem się nieco z boku, co pozwoliło mi zaobserwować między innymi rzeczoną Marysię, jak niezauważona czekała na resztę składu pod sąsiednim drzewem. Przysłuchując się gwarowi stwierdziłem, że głupio tak tam sterczeć i w ogóle nie spróbować, w wyniku czego jednak wmieszałem się w tłumek tupiący pod drzwiami. Jakoś nawet sprawnie się wmieszałem, dzięki czemu napieranie masy ludzkiej na bramę miałem okazję doświadczyć na własnych plecach. Panowie ochroniarze byli nieugięci, i dobrze, bo szklane drzwi faktycznie chwilami trzeszczały już złowrogo. W tak zwanym międzyczasie napatoczył się Sroka, i oczekiwanie stało się nagle dużo żwawsze.
Niespełna dziesięć minut później, zostaliśmy wepchnięci do środka, gdzie jak się okazało, królowały puste przestrzenie. To znaczy, oczywiście, zależy gdzie, bo dopchanie się do baru graniczyło z cudem.To znaczy, teoretycznie był prowizoryczny bar w drugiej części lokalu, ale tam trunki alkoholowe skończyły się jako pierwsze. Na szczęście nie było wiele czasu na dumanie w tej kwestii, bo zaproszono na koncert. Jego przewodnim wykonawcą było najnowsze dziecko Kayaxu, FOX, a w charakterze gości wystąpili m.in. Novika i Marysia właśnie oraz pan z Dick4Dick. Całość okazała się energetycznie energetyczna, i - nie wiedzieć czemu - przywiodła mi na myśl inny udany występ, jaki dane mi było niedawno oglądać w wykonaniu Nouvelle Vague. W każdym razie publika bawiła się przednio, zwłaszcza w pierwszych rzędach, gdzie brylował w towarzystwie były-niebyły mojego byłego-niebyłego. Oj, zadźwięczały znów czułe struny, jak zwykle, ale nie dałem się zbić z tropu...
Po godzinie koncert się skończył całkiem niezłym bisem, a publika ruszyła na podbój barów, i tak nieźle już oblężonych. W trakcie oczekiwania na drinka, którego nie doczekaliśmy, zawęziło się nam z dwoma M. Przy drugim barze też odstaliśmy swoje, zanim po walkach z pijanymi lasencjami otrzymaliśmy jakiekolwiek piwo, którym okazało się nieźle schłodzone i porządnie mocne w smaku Kasztelańskie. Wróciliśmy do korytarza, który ewidentnie robił za parkiet, i powoli wciągnęliśmy się w zabawę, rozkręcającą się z hiciora na hicior. A muza leciała nie lada, bo oryginalne kawałki z początku lat osiemdziesiątych, w oryginalnych wersjach. Co prawda powinno się zmasakrować gościa, który dowodził konsoletą, bo nie tylko nie było mowy o żadnym miksowaniu, nie tylko między kawałkami zapadała cisza z płyty, ale więcej: urywały się w połowie, po czym natychmiast zaczynało się co innego. Ogólnie radosny nastrój udzielił się jednak, i po dwóch godzinach skakania nie przeszkadzała nawet Madonna, zacinająca się na Vogue.
Od tańców oderwałem się wraz z pierwszym odpływem około trzeciej. W końcu rano miałem iść do pracy. I znów, spacer Ujazdowskimi dostarczył mi sporej przyjemności. To był naprawdę udany wieczór. Iście delikatesowy.







